Matką Jadwigi była Wanda Michałek. W czasie wojny jej rodzina zaangażowała się w pomoc członkom podziemia konspiracyjnego. W wyniku tej działalności, po aresztowaniu w kwietniu 1944 r., Wanda trafiła najpierw do więzienia w Wejherowie, a następnie – po zakończeniu śledztwa prowadzonego przez gdańskie Gestapo – 12 maja 1944 r. została przewieziona do obozu koncentracyjnego Stutthof. Wraz z nią do Stutthofu trafili również członkowie jej rodziny: rodzice, brat, wujek oraz dziadek. Wanda została uznana za więźniarkę polityczną i skazana na bezterminowy pobyt w obozie. Otrzymała numer 34709. Przeprowadzone w obozie badanie ginekologiczne wykazało, że była wówczas w drugim miesiącu ciąży.

Wanda wraz z matką trafiła do baraku kobiecego na terenie tzw. Starego Obozu Stutthof. Jak wspominała, panowały tam względnie znośne warunki higieniczne. W jednym bloku mieszkało około 100 więźniarek różnych narodowości, a na pryczach spały po dwie osoby. Do czasu porodu pracowała w grupie krawieckiej, gdzie szyła pasiaki więźniarskie. Wspominała o skromnym wyżywieniu, jakie otrzymywała – kromce chleba, czarnej kawie i zupie ugotowanej z łupin ziemniaków. Uczestniczyła w codziennych, kilkugodzinnych apelach, co było dla niej szczególnie uciążliwe. 28 listopada 1944 r. w szpitalu kobiecym urodziła córkę – Jadwigę. Poród przyjmował polski lekarz, również więzień obozu. Po porodzie została przeniesiona do wydzielonej izby dla matek z dziećmi, gdzie przebywała aż do ewakuacji. W tym czasie nie pracowała. Nadal jednak musiała uczestniczyć w apelach, pozostawiając niemowlę bez opieki w barakowej izbie.

Dziecko ubrałam w ubranka zorganizowane po dzieciach żydowskich. Owinęłam córkę w chustę. Szmaty służyły mi za pieluszki. Część z tych rzeczy zdobyłam w zakładzie krawieckim, w którym pracowałam do czasu porodu. Byłam zdana tylko i wyłącznie na siebie. Od nikogo nie mogłam oczekiwać żadnej pomocy. Dziecko karmiłam piersią, aż do ukończenia przez nie pierwszego roku życia oraz kawą zbożową z przydziału dla mojej matki. W obozie jako młoda matka nie otrzymywałam dodatkowej żywności. Dla dziecka nie otrzymywałam mleka. Jadwiga nie chorowała w obozie. Inne matki radziły sobie w podobny sposób. Moim zdaniem każde urodzone w obozie dziecko miało szansę przeżycia tylko i wyłącznie dzięki pokarmowi matki.

Jadwiga, mając zaledwie pięć miesięcy, w kwietniu 1945 r. wraz z matką oraz babcią wzięła udział w ewakuacji morskiej. Znalazły się na pokładzie barki o nazwie „Vaterland”, którą wraz z innymi więźniami oraz matkami z dziećmi urodzonymi w obozie Stutthof popłynęły w kierunku Niemiec. Warunki podróży były skrajnie trudne. Więźniowie zostali stłoczeni w ciemnej ładowni barki. Brakowało dostępu do świeżego powietrza i żywności. Zaledwie dwa razy, jak wspominały kobiety, udało im się przygotować kaszę manną rozcieńczoną wodą morską, którą zabrano z obozu i nakarmiono dzieci. Podczas tej podróży Jadwiga, jej matka oraz babcia zachorowały na tyfus. Po siedmiu dniach rejsu barka dopłynęła do rejonu Zatoki Lubeckiej, w okolice portu w Neustadt. Po wkroczeniu wojsk brytyjskich do miasta, 3 maja 1945 r., więźniowie zostali uwolnieni. Po zakończeniu wojny Jadwiga wraz z matką i babcią przebywały w szpitalu w Neustadt. Po czteromiesięcznej rekonwalescencji wróciły do Polski, do rodzinnego Wejherowa. Jadwiga ukończyła tam szkołę zawodową, a następnie pracowała w kasynie jednostki wojskowej do czasu założenia rodziny. Była dwukrotnie zamężna. Pierwszego męża straciła po siedmiu latach małżeństwa, z drugim przeżyła 50 lat. Wychowała trzech synów.

Przewijanie do góry