Matką Tadeusza była Janina Jakubiak. Miała 25 lat, mieszkała w Warszawie i pracowała w garbarni. W 1943 r. wyszła za mąż. Po wybuchu Powstania Warszawskiego została aresztowana i 31 sierpnia 1944 r., wraz z grupą ponad dwóch tysięcy osób, trafiła przez obóz przejściowy w Pruszkowie do obozu koncentracyjnego Stutthof. W tym samym czasie jej mąż, Władysław, został wywieziony z Warszawy na przymusowe roboty do jednej z fabryk w Berlinie. W Stutthofie Janina otrzymała numer obozowy 87014.
W czasie segregacji i badania lekarskiego stwierdzono, że jestem w ciąży. Podczas badania lekarz złapał mnie za pierś i powiedział: „Jesteś w ciąży". „Jezu kochany, to teraz mi ta ciąża jeszcze potrzebna" - tak sobie pomyślałam. Poryczałam się.
Janina, wraz z innymi kobietami z Warszawy, przebywała w wydzielonym baraku nr 29 na terenie tzw. Obozu Żydowskiego. Otrzymała miejsce na górnej pryczy, którą dzieliła z trzema innymi więźniarkami. Codzienny widok cierpienia i stosów ciał leżących przed barakiem wprawiał ją w otępienie i obojętność. Bardzo martwiła się o nienarodzone dziecko. Świadomość, że może trafić do szpitala obozowego i stracić ciążę, wywoływała w niej ogromny lęk. Dzięki pomocy współwięźniarek udało jej się zdobyć dodatkową odzież, która chroniła ją w czasie wielogodzinnych apeli. Paczki żywnościowe od męża pozwalały jej zachować stosunkowo dobrą kondycję fizyczną. 5 marca 1945 r., chora na tyfus i zmagająca się z niemal czterdziestostopniową gorączką, urodziła w obozowym szpitalu syna - Tadeusza. Poród odebrała więźniarka pełniąca funkcję pielęgniarki w kobiecym rewirze (szpitalu obozowym).
W końcu lutego 1945 r. zachorowałam na tyfus. Po kilku dniach trafiłam na rewir. Wielka gorączka spowodowała przedwczesny poród. Nawet nie pamiętam tego porodu. Nieprzytomna byłam zupełnie, ale zanim to wszystko nastąpiło, czułam się jak pies pod płotem, zupełnie jak dzikie stworzenie. Nie miałam w co wziąć dziecka, w co zawinąć, siły, aby go urodzić. Wpadłam wtedy w rozpacz, w panikę i straciłam przytomność. Irena po swoich chłopcach przyniosła ubranko. Jak się ocknęłam mały był już ubrany. Taki malutki był, a pani Jurkiewiczowa tak go trzymała pod paszki i mówiła: „Mordasie, pokaż jakie ty masz oczy?". Później był nalot. Nie mogłam się ruszyć, a ona go włożyła w chlebaczek - taki był malutki. „Ty się nie martw. Ja go wezmę, a jak wydobrzejesz, to przyjdziesz po niego".
Kiedy w kwietniu 1945 r. rozpoczęła się ewakuacja morska więźniów, Tadeusz miał niespełna dwa miesiące. Matka, opuszczając obóz, zawinęła go w czarną chustę i przygotowała torbę ze szmatkami, które posłużyły mu za pieluszki. Oboje znaleźli się w grupie więźniów na barce „Vaterland”, która wypłynęła z Helu. Na pokładzie były także inne więźniarki z małymi dziećmi, urodzonymi w obozie. Podróż była niezwykle trudna. W dramatycznych warunkach kilkudniowego rejsu Tadeusz zachorował na tyfus. Ostatecznie barka dopłynęła do rejonu portu Neustadt w Zatoce Lubeckiej.
W tym lesie (na Helu) mówią, żeby usiąść na chwilę. Małego odwinęłam, pod słońce go położyłam. Wzięłam wody, wytarłam mu buzię. Trawa była dość zielona, miał mięciutko i trochę podgrzał się na słońcu, może z pół godziny. Na zachód Bałtykiem jechaliśmy - nie wiem, czy to były dwie noce i dwa dni czy dłużej. Tego nie mogę dziś powiedzieć. Bo człowiek jak jest głodny, to jest półdziki i nie wie co się dzieje. Dziecko nawet nie płakało, nie dokuczało. Czasem się je przebrało. Myśmy miały trochę zaoszczędzonego mleka w proszku, bo po urodzeniu się dziecka dawali mleko w proszku.
3 maja 1945 r. do Neustadt wkroczyły wojska brytyjskie. Byłym więźniom udzielono pomocy medycznej. Tadeusz wraz z matką wyjechali do Szwecji na dalszą rekonwalescencję. W październiku 1945 r. oboje powrócili do Polski. Szczęśliwie ojciec Tadeusza również wrócił z Niemiec i rodzina mogła ponownie zamieszkać razem. Małżeństwo Jakubiaków doczekało się jeszcze dwojga dzieci - syna i córki. Matka Tadeusza przez wiele lat pracowała jako urzędniczka, ojciec zaś jako krawiec. Janina Jakubiak zmarła w 2015 r. Tadeusz ukończył technikum mechanizacji rolnictwa, następnie odbył służbę wojskową i podjął pracę w Państwowym Ośrodku Mechanizacji Rolnictwa w Aleksandrowie Łódzkim, gdzie pracował aż do przejścia na emeryturę. W 1969 r. ożenił się. Został ojcem dwóch synów. O miejscu swojego urodzenia dowiedział się jako młody chłopak. Wówczas odwiedził również Muzeum Stutthof.




