- Imię : Tadeusz
- Nazwisko: Jakubiak
- Miejsce urodzenia: obóz koncentracyjny Stutthof
- Data urodzenia: 5 marca 1945 r.
Matką Tadeusza była Janina Jakubiak. Mieszkała w Warszawie, pracowała w garbarni, w 1943 r. wyszła za mąż za Władysława. Kiedy wybuchło Powstanie została aresztowana, i przez obóz przejściowy w Pruszkowie wraz z grupą ponad dwóch tysięcy osób 31 sierpnia 1944 r. trafiła do obozu Stutthof. W tym samym czasie jej mąż został wywieziony z Warszawy na roboty do jednej z berlińskich fabryk. W Stutthofie Janinę oznaczono numerem 87014. Podczas wywiadu lekarskiego lekarz potwierdził u niej ciążę. Wiadomość ta bardzo ją zaskoczyła i przygnębiła.
Podczas badania lekarz złapał mnie za pierś i powiedział: „Jesteś w ciąży". Jezu kochany, to teraz mi ta ciąża jeszcze potrzebna - tak pomyślałam sobie. Zryczałam się.
Janina wraz z pozostałymi kobietami z Warszawy przebywała w wydzielonym baraku nr 29 na terenie Obozu Żydowskiego. Dostała miesce na górnej pryczy, gdzie spała z trzema innymi więźniarkami. Codzienny widok cierpienia, stosy zmarłych ciał przed barakiem spowodowały u niej stan otępienia i zobojętnienia. Bała się o nienarodzone dziecko. Świadomość tego, że może trafić do szpitala obozowego i stracić ciążę powodowała u niej ogromny lęk. Dzięki pomocy więźniarek zdobyła dodatkową odzież, która chroniła ją w czasie stania na długich apelach. Paczki żywnościowe, które otrzymywała od męża pozwoliły jej na zachowanie względnej kondycji fizycznej. 5 marca 1945 r. będąc chora na tyfus, mając prawie 40 stopniową gorączkę, w szpitalu obozowym urodziła syna - Tadeusza. Poród odebrała Zofia Piasecka pełniąca funkcję pielęgniarki w rewirze (szpitalu) kobiecym.
Nawet nie pamiętam tego porodu. Nieprzytomna byłam zupełnie, ale zanim to wszystko nastąpiło, czułam się jak pies pod płotem, zupełnie jak dzikie stworzenie. Nie miałam w co wziąć dziecka, w co zawinąć, siła, aby go urodzić. Wpadłam wtedy w rozpacz, w panikę i straciłam przytomność. Irena po swoich chłopcach przyniosła ubranko. Jak się ocknęłam mały był już ubrany. Taki malutki był, a pani Jurkiewiczowa tak go trzymała pod paszki i mówiła: „Mordasie, pokaż jakie ty masz oczy?". Później był nalot. Nie mogłam się ruszyć, a ona go włożyła w chlebaczek - taki był malutki. „Ty się nie martw. Ja go wezmę, a jak wydobrzejesz, to przyjdziesz po niego".
Janina z synem przebywała w obozie do 25 kwietnia 1945 r., do czasu ewakuacji. Opuszczając obóz zawinęła Tadeusza w czarną chustę i przygotowała torbę ze szmatkami, które posłużyły za pieluszki. Z grupą ewakuowanych więźniów pieszo dotarła do miejscowości Mikoszewo. Stamtąd wszystkich przewieziono na Hel. Czekając na dalszy transport, spotkała inną więźniarkę z martwym niemowlęciem. Na barce o nazwie „Vaterland", wraz z innymi więźniami popłynęła w kierunku Niemiec. Dotarła w rejon Zatoki Lubeckiej i portu w Neustadt. W dramatycznie ciężkich warunkach kilkudniowego rejsu na tyfus zachorował Tadeusz.
W tym lesie (na Helu) mówią, żeby usiąść na chwilę. Małego odwinęłam, pod słońce go położyłam. Wzięłam wody, wytarłam mu buzię. Trawa była dość zielona, miał mięciutko i trochę podgrzał się na słońcu, może z pół godziny. Na zachód Bałtykiem jechaliśmy - nie wiem, czy to były dwie noce i dwa dni czy dłużej. Tego nie mogę dziś powiedzieć. Bo człowiek jak jest głodny, to jest półdziki i nie wie co się dzieje. Dziecko nawet nie płakało, nie dokuczało. Czasem się je przebrało. Myśmy miały trochę zaoszczędzonego mleka w proszku, bo po urodzeniu się dziecka dawali mleko w proszku.
3 maja 1945 r. do Neustadt wkroczyły wojska brytyjskie. Byłym więźniom obozów Stutthof i Neuengamme udzielono pomocy medycznej. Janina wraz z dzieckiem zdecydowała się na wyjazd do Szwecji na dalszą rekonwalescencję. Do Polski powróciła z synem w październiku 1945 r. Razem z mężem zamieszkali w m. Łobez. Doczekali się jeszcze dw ójki dziec - syna i córki. Janina przez wiele lat pracowała jako urzędniczka, mążzaś jako krawiec. Zmarła w 2015 r.



