Doświadczenie obozu
„Nie do opisania co się działo w tych zamkniętych wagonach. Nie było czym oddychać. Nie dostawaliśmy wody ani jedzenia. Wiele kobiet nie mogło się wstrzymać i robiło pod siebie.”
Opis ten ukazuje warunki, w jakich przywożono kobiety do obozu. Z odległych miejscowości transportowano je najczęściej w wagonach towarowych, natomiast z bliższych okolic – samochodami ciężarowymi. Podróż trwała długie godziny, a nierzadko nawet kilka dni, i była skrajnie wyczerpująca zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Osoby chore, starsze oraz dzieci często umierały z wycieńczenia już w trakcie transportu. Niepewności co do dalszego losu i miejsca przeznaczenia towarzyszył wszechobecny strach.
Procedurę przyjęcia do obozu poprzedzało zwykle kilkugodzinne oczekiwanie. Następnie odbierano więźniarkom ubrania oraz rzeczy osobiste, po czym poddawano je kąpieli i dezynfekcji oraz wydawano odzież obozową i przydzielano numery nadrukowane na płóciennym pasku materiału, które należało przyszyć do ubrania. Wszystkim tym czynnościom towarzyszyły wyzwiska oraz fizyczne znęcanie się ze strony esesmanów i więźniarek funkcyjnych.
Procedura przyjmowania do obozu była szczególnie dotkliwa dla kobiet, ponieważ zmuszano je do upokarzających czynności. Musiały rozbierać się do naga i poddawano je przymusowym badaniom ginekologicznym. Miały one na celu nie tylko przeprowadzenie wywiadu medycznego, lecz także sprawdzenie – szczególnie w przypadku Żydówek – czy kobiety nie ukrywają złota lub innych kosztowności.
Każą nam się rozbierać. Teraz zrozumiałe, dlaczego oni tak na nas patrzą i uśmiechają się. Jedna z więźniarek krzyczy, że Niemkę nie śmią rozebrać w obecności mężczyzn. W tym momencie dwóch esesmanów przewraca ją na ziemię i słychać trzask rwanego materiału. Kobieta rzuca się w ich rękach. Zacisnąwszy zęby i nie rozglądając się na boki, szybko się rozbieram. Pozostałe idą moim śladem. W duszy straszna pustka. (relacja Sonii Anwajer)
Kobiety w obozie mieszkały w wydzielonych barakach, odzielonych od części męskiej. Spały na drewnianych, piętrowych pryczach, przeważnie po dwie, na skromnych posłaniach składających się z cienkiego materaca, poduszki i koca. Warunki hignieniczne były złe, co sprzyjało rozprzestrzenianiu się robactwa – wszy, pluskiew i karaluchów. W bloku kobiecym, gdzie przebywało kilkaset kobiet znajdowało się tylko jedno pomieszczenie z kilkoma umywalkami i muszlami klozetowymi. W szczególnie trudnej sytuacji znajdowały się Żydówki, które umieszczano w niewykończonch barakach – częściowo pozbawionych podłóg i dachów.
Uciążliwym elementem obozowej rzeczywistości były apele poranne i wieczorne. Więźniarki zmuszane były do wielogodzinnego stania na zewnątrz w zmiennych warunkach pogodowych, podczas sprawdzania stanu liczebnego wszytkich osadzonych w obozie.
Codzienność w obozie naznaczona była przemocą. Nieustanny strach przed fizycznym znęcaniem się oraz obawa o własne życie towarzyszyły więźniarkom bez przerwy, a stosowane kary miały różnorodny charakter. Często wykonywano karę chłosty i zamykanie o chlebie i wodzie na kilka dni w tzw. bunkrze – małej celi . Bardzo dotkliwe było pozbawianie posiłku, co w warunkach obozowych przynosiło tragiczne skutki.
Wszystkie te skrajnie trudne doświadczenia były również udziałem więźniarek w ciąży.
Krótki sen między stłoczonymi na podłodze ciałami, bez nakrycia, bez poduszki pod głową. Nie rozbiers aie tutaj nikt, nie zdejmuje nawet trzewików. Po północy apel do białego rana. Wciąż to samo: krzyk blokowych i wywijanie ponad głowami pejczem, przepychanie sie kupa w ciasnych drzwiach. Mimo, że to już prawie miesiąc, więźniarki nie nauczyły się jeszcze ustawiać piątkami, jakby nie umiały rachować, albo nigdy nie chodziły po pięć. Wyrwane z domu, oderwane od mężów, dzieci, garnków, błędnymi oczyma patrzą na to, co tu się dzieje, co się z nimi tutaj wyprawia. (relacja Marii Suszyńskiej)
Brak wystarczającej ilości pożywienia był uciążliwy dla kobiet. Porcje żywieniowe, które otrzymywały były pod względem ilościowym i kalorycznym bardzo skromne. Śniadanie składało się z kromki razowego chleba, marmolady z buraków i czarnej kawy, obiad – z zupy warzywnej np. kapuśniaku, kolacja była podobna do śniadania. Wartość energetyczna posiłku wynosiła niecałe 2000 Kc. Czas na spożycie posiłku był ograniczony.
Złe odżywianie – nieodpowiednie i niewystarczające niosło fatalne skutki dla więźniarek w ciąży. Niedobory białka i kwasów aminowych odgrywających kluczowe role w przebiegu ciąży, wpływały na rozwój dziecka i zdowie matki.
W październiku 1944 roku potajemnie zważono umarłą na tyfus młodą Żydówkę, lat 34, wysoką, normalnie rozwiniętą matkę dwojga dzieci. Ważyła 19 kilogramów. (relacja Aldo Coradello)
Przed każdym blokiem stało duże koryto drewniane, czworokątne. Tam wlewano nasze jedzenie. Zupa składała się ze zgniłej kapusty, gdzie niegdzie pływały kawałki kartofli. Przydzielono nam miseczki blaszane koloru brązowo – czerwonego, bardzo płaskie. Wchodziło tam bardzo mało pokarmu. (Relacja Jaffy Ulpan)
Ciężka praca oraz głód dotkliwie rujnowały zdrowie osadzonych. Praca była jedną z form represji jaką stosowano wobec wszystkich więźniów osadzonych w obozie, w tym – kobiet.
Czas pracy regulowały rozporządzenia komendanta obozu. Trwała ona od godziny 6.00 do 12.00, z przerwą na obiad i od 13.00 do 17.00 w lecie, a zimą do 12.00. Więźniarki zatrudniano do zajęć na terenie obozu m.in. przy porządkowaniu terenu, cerowaniu ubrań obozowych, tłuczeniu kamieni, w pralni, w kartoflarni, w lesie czy w wartsztatch produkujących buty ze słomy. Kobiety, głównie Żydówki, kierowano też do podobozów w odległe miejsca. Zmuszano je do prac w fabrykach, przy budowie umocnień wojskowych i lotnisk, u niemieckich rolników.
Pracę w obozie wykownywano w przyspieszonym tempie, a każda cwila odpoczynku traktowana była jak sabotaż i dawała nadzorującym esesmanom, bądź więźniarkom funkcyjnym, pretekst do bicia i znęcania się. Wszystkie dni w obozie były dniami roboczymi. Tylko w niedzielę i świątęta czas pracy był skarcany.
Więźniarki będące w ciąży, nie były zwolnione z wykonywania pracy, wręcz przeciwnie – zmuszano je do ciężkiego wysiłku fizycznego.
Do ręki nie dają nam żadnych narzędzi. Blokowa, nakazawszy sprzątnąć najmniejszy drobiazg, nie wyłączając nawet trawki, odeszła. Pełzamy po placu na kolanach. Wygrzebujemy paznokciami z ziemi kamyki, węgiel, śmieci. Z Zalem wyrywamy każde jakiś cudem wyrośniete ździebełko trawy. Słońce bezlitośnie przypieka główę. Paznokcie, które urosły w więzieniu, połamały się. Spod paznokci sączy się krew. (relacja Sonii Anwajer)
Do pracy wychodziły względnie zdrowe – chorych nie brano -a powracały upiory. Zgarbione i poskręcane kobiety ledwie powłóczyły sinymi i opuchniętymi nogami. Były tak straszliwie chude i wynędzniałe, że kiedy szły, rozlegał się trzask. Wydawało się, że ktoś ciągnie po bruku worek wypełniony kośćmi. (relacja Balysa Sruogi)
Skutkiem warunków panujących w obozie, niedożywienia oraz ciężkiej pracy były liczne choroby, na które zapadały kobiety. Powszechne były przeziębienia, anginy oraz różnego rodzaju urazy ciała. Znacznie groźniejsze okazywały się jednak choroby wewnętrzne, które nieleczone w warunkach obozowych często prowadziły do śmierci. Do najniebezpieczniejszych należały tyfus plamisty, tyfus brzuszny oraz gruźlica.
Szpital – rewir – nie pełnił w obozie funkcji leczniczej, lecz służył przede wszystkim izolacji ciężko chorych więźniarek od pozostałych. Kobiety miały szpital odrębny od mężczyzn. Pracowali w nim lekarze – więźniowie z męskiego oddziału, natomiast funkcje pielęgniarek pełniły same więźniarki.
Warunki panujące w szpitalu były bardzo złe, a możliwości leczenia znikome. Rewir kojarzył się raczej z miejscem eksterminacji niż pomocy medycznej. Więźniarki, obawiając się pobicia, często ukrywały swoje dolegliwości, aby tam nie trafić. Ciężko chore kobiety bywały uśmiercane zastrzykiem fenolu.
Szpital dla kobiet żydowskich nazywany był „wykańczalnią”. Trafiały tam skrajnie wycieńczone Żydówki, które nie miały praktycznie żadnych szans na wyzdrowienie.
Pewnego razu Kopka (esesmanka nadzorczyni) strasznie zbiła mnie po głowie. Wtedy dostałam nerwowego ataku. Kazano odprowadzić mnie do rewiru. Na widok Heidla (naczelnego lekarza obozu) podobno ryczałam jak zwierzę. Z tego ogromnego strachu odzyskałam przytomność i pomału wracałam do zrowia. Ale jak wróciłam do domu, to jeszcze przez długi czas zrywałam się po nocach i krzyczałam: „Herr Doktor ich bin gesund!” (Panie doktorze jestem zdrowa!), to znów widziałam Heidla i krzyczałam, że on mnie zabije. (relacja Wandy Ruczkal)
Blok składał się z dużego ogólnego pomieszczenia i z mniejszej zby z pryczami.. Na pryczach leżały te, które jeszcze trzymały się na nogach i nie robiły pod siebie. Reszta gnieździła się na ziemi w ogólnej sali.. Gniły tam dosłownie we własnych nieczystościach. Kiedy przynoszono do baraku posiłek, sztubowe (więźniarki nadzorujące) szturchały nogami każdą osobno, żeby sprawdzić, czy jeszcze się rusza. Trudno bowiem odróżnić trupy od żywych. (relacja Chai Ber)














